Poznaj z nami Beskid Śląski.

wpis w: Beskid Śląski, śląsk | 0

 

Beskid Śląski, czyli pasmo, należące do regionu Beskidów Zachodnich, gdzie najwyższym szczytem jest Skrzyczne, a do najpopularniejszych szczytów należy Barania Góra, gdzie swoje źródła ma najdłuższa rzeka w Polsce – Wisła.

Ale, ale… tym razem nie będziemy opowiadać ani o Skrzycznem, ani o Baraniej Górze, a już tym bardziej o rzekach😉 Tytuł może Was co nieco zmylić, ponieważ prawie w ogóle nie znamy tych terenów.

Ale jak to? – pomyślicie – mówicie: Poznaj z nami Beskid Śląski i wcale tam nie byliście?!

Poniekąd to prawda. W trakcie studiów, z Krakowa wygodniej nam było wyjechać w Gorce czy Beskid Sądecki, a w Zachodnie Beskidy było nam… nie po drodze. Teraz, to co innego! Granice śląska zaczynają się niecałe piętnaście kilometrów od naszego domu, dlatego chcemy razem z Wami poznawać Beskid Śląski, przemierzać tamtejsze szlaki i zachwycać się jego pięknem. Mamy nadzieję, że dziś uda Wam się tam z nami zawędrować, bo chcielibyśmy Was zabrać na „szlak trzech schronisk” (takowy szlak został ochrzczony tym imieniem przez nas😉).

To jak? W drogę!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Otwórz mapę

 

Sami nie wiemy czy to dlatego, że za oknem była taka piękna pogoda czy to przez to, że od niepamiętnych czasów jechaliśmy w Beskid Śląski, ale mimo parapetówki, którą organizowaliśmy w sobotni wieczór (która oczywiście zakończyła się dnia następnego), w niedzielę wstaliśmy wcześnie i – o dziwo – wypoczęci. Z racji przygotowań do przyjęcia, trasę wymyśliliśmy tuż po śniadaniu. Nie ma co! Organizacja pełną gębą. Dobrze, że zajęło nam to tylko pięć minut. Uff!

Sama podróż minęła nam w mgnieniu oka. Zaparkowaliśmy samochód w Bielsku-Białej, w Dolinie Wapienicy i od razu skierowaliśmy się na żółty szlak, prowadzący na Szyndzielnię. Pierwsze kilkaset metrów prowadzi betonową drogą, która na szczęście wyłączona jest z ruchu. Za to jest to prawdziwy raj dla rowerzystów i biegaczy. Sami mieliśmy ochotę wtedy wskoczyć w biegowe buty. Wiele osób zdecydowało się też na spacer tego dnia. Na całe szczęście (bo nie przepadamy za tłumami) tylko nieliczni wybrali dalszą drogę w górę. Szlak w stronę Szyndzielni odbija w lewo tuż obok zapory wodnej.

 

 

Podążając w górę potoku Wapienicy zza koron drzew naszym oczom ukazuje się monumentalna betonowa budowla zupełnie niepasująca do otoczenia. Tama im. prezydenta Ignacego Mościckiego, której zadaniem jest retencja wody na potrzeby Bielska powstała w 1933 r., i jak na ówczesne czasy stanowiła jeden z najnowocześniejszych tego typu obiektów w Europie! Z uwagi, że zbiornik zwany Wielką Łąką stanowi rezerwuar wody pitnej, bezpośrednio do tafli wody dojść nie można, zakazane są tu także kąpiele, biwaki i wszelka działalność rekreacyjna a zlewnia potoku otoczona jest ochroną prawną.

Tego dnia było naprawdę gorąco, ale cała trasa na szczyt wiodła pośród drzew, co sprawiało, że wędrówka pod górę nie była tak męcząca. Kiedy szlak żółty połączył się z czerwonym i zielonym zaczęło być tłoczno. Mnóstwo osób zmierzało do schroniska, chcąc w ten sposób wykorzystać ten słoneczny dzień. Spod schroniska na Szyndzielni widoki nie są jakieś szczególne, ale samo schronisko jest naprawdę interesujące. Jego wygląd i historia robią wrażenie.

 

 

Schronisko na Szyndzielni zostało zaprojektowane przez znanego architekta Karola Korna. Budynków jego autorstwa w Bielsku nie brakuje. Wybudowane i początkowo użytkowane głównie przez Niemców i niemiecką organizację turystyczną – Beskidenverien. Otwarte w 1897 r. i już wówczas popularne i chętnie odwiedzane. Charakteryzuje je wieża widokowa, wcześniej stanowisko meteorologiczne oraz alpinarium założone przez Eduarda Schnack’a, w którym można podziwiać gatunki roślin alpejskich oraz beskidzkich. Sama budowla nieco ucierpiała w czasie wojny jednak szybko wyremontowana w 1945 r, ponownie zaczęła służyć turystom. Szyndzielnia dużą popularność zyskała w 1954 r. po otwarciu kolejki linowej, co pociągnęło za sobą potrzebę rozbudowy obiektu.

Było południe, gdy stanęliśmy pod drzwiami schroniska i nie wiedzieć skąd – nagle staliśmy się bardzo głodni, dlatego też nie przeszliśmy obok bufetu obojętnie. Po posiłku zgodnie stwierdziliśmy, że nie ma czasu na obijanie się, bo przed nami jeszcze spory kawałek do przejścia. Naszym następnym punktem postojowym miał być Klimczok. Nie skłamiemy jeśli powiemy, że między tym szczytem a Szyndzielnią szła mała pielgrzymka. Większość jednak na tym krótkim odcinku poprzestała.

Na samym szczycie trochę się zasiedzieliśmy. Słonko przyjemnie grzało, obok grupa ludzi grała na gitarze i śpiewała, piękne widoki dookoła. To wszystko sprawiło, że ani trochę nie spieszyło nam się do dalszej wędrówki. Poza tym, patrząc na tych wszystkich ludzi, którzy wylegiwali się na trawie człowiekowi chciało się zrobić dokładnie to samo😉 Z racji tego, że my to z tych bardziej aktywnych, więc całego dnia tam nie spędziliśmy.

 

 

I dobrze! Dalsza część drogi to była dla nas czysta przyjemność. Mogliśmy podziwiać masyw Skrzycznego (na którego zdobycie już nabraliśmy ochoty), a z racji tego, że szlak prowadzi już tylko grzbietem to odległości w ogóle nie było czuć w nogach. Tym bardziej polecamy ją wam do przejścia, ponieważ tych osiemnastu kilometrów chodzenia po górach wcale się nie odczuwa.

 

 

Tuż przed dojściem do następnego schroniska, czyli schroniska na Błatniej, wychodzi się z lasu na wielką polanę. To było miejsce, które bardzo nam się spodobało. Polanka, a dookoła tylko góry – coś wspaniałego. Będąc mieszkańcem okolicznych wiosek na pewno przychodzilibyśmy w to miejsce z kocykiem i urządzali sobie pikniki. Idealne miejsce na wypoczynek w takie słoneczne dni jak wtedy.

 

 

Schronisko na Błatniej zrobiło na nas bardzo pozytywne wrażenie. Położony na zboczu góry, gdzie z jednej strony znajduje się las, a z drugiej roztacza się piękny widok na Beskidy. Co najważniejsze, z dala od popularnych szlaków, więc tam nie było już tego gwaru i tłoku, który zastaliśmy na Szyndzielni. Bardzo chcielibyśmy tam kiedyś przenocować, bo wnętrze – całe drewniane, jest przytulne i zachęca do dłuższego pobytu w tym miejscu.

 

 

Początki Schroniska na Błatniej sięgają już lat 20 ubiegłego wieku. Wtedy też Niemieckie Towarzystwo Przyjaciół Przyrody „Naturfreunde” z Aleksandrowic wybudowało w tym miejscu drewniane schronisko. W trakcie II Wojny Światowej budynek przejęły wojska niemieckie, które spalili już pod koniec działań wojennych. Po wojnie PTT przejęło schronisko i zainicjowali jego odbudowę.

 

Dochodziła szesnasta kiedy postanowiliśmy skierować się ku drodze powrotnej. Czekała nas nie tylko godzinne zejście do parkingu, ale także jazda do domu. Żal było nam zostawiać to urocze miejsce. Gdybyśmy chcieli określić ten wyjazd jednym słowem to powiedzielibyśmy, że było ono sielskie. Każde miejsce zachęcało do tego, by na chwilę przystanąć i pozachwycać się otaczającą nas przyrodą. Życzymy Wam i sobie więcej takich miłych, górskich wycieczek😊

 

 

Do zobaczenia na szlaku!
K&K