Połoniny

Łatwy szlak na Tarnicę. Zdobywamy najwyższy szczyt Bieszczadów.

wpis w: Bieszczady, Polska | 0
W tym wpisie przedstawiamy bardzo łatwy szlak na Tarnicę. Tarnica to najwyższy szczyt Bieszczad. Liczy sobie 1346 m n.p.m. i mimo, że jest tak wysoka to można zdobyć ją dość szybko i bez większego zmęczenia. Oczywiście tylko wtedy, kiedy wybierzecie szlak prowadzący z Wołosatego. Jeśli wybieracie się w Bieszczady i zastanawiacie się, co warto tam zobaczyć to wyjście na Tarnicę będzie doskonałym pomysłem. Ta wycieczka zapewni Wam niezapomniane wrażenia… i widoki.

 

 

Bieszczady były przez nas omijane szerokim łukiem przez długi czas. Kiedy w końcu udało nam się tam dotrzeć, a był to początek grudnia, to miejsca, które odwiedziliśmy to Przełęcz Orłowicza i tytułowa Tarnica. Były wtedy jedne z najkrótszych dni w roku, dlatego też musieliśmy dobrać nasze trasy w taki sposób, aby nie zastała nas noc.

Przed wyjściem w góry dobrze jest zorientować się kiedy zachodzi słońce i dostosować długość wycieczki do długości dnia. Mimo wszystko, ZAWSZE miej w plecaku czołówkę lub latarkę. Nie polegaj na latarce ze smartfona, ponieważ szybko zużywa baterię.

W drodze do raju

Nad ranem obudziły nas promienie słońca, co spowodowało, że wstawanie z łóżka wcale nie było takie złe. Już wtedy wiedzieliśmy, że trafił nam się znakomity dzień na zdobywanie najwyższego szczytu w Bieszczadach. Schronisko na Jaworzcu opuściliśmy w dobrych humorach choć żal było opuszczać miejsce ze wspaniałym klimatem i wybornym grzanym piwem.

Droga z Kalnicy do Wołosatego biegnie wąską drogą pełną zakrętów, ale i fantastycznych widoków! Najpierw wyłaniają się Połoniny, zaraz potem Mała i Wielka Rawka, a na końcu Tarnica. Widoki były jak z bajki. Zbocza gór delikatnie przechodziły z koloru brunatno-pszenicznego w biel. Śnieg zalegał tylko w górnych partiach, ponieważ po obfitych opadach śniegu przyszła odwilż i biały puch, który znajdował się w dolinach stopniał. Nie mogliśmy się napatrzeć z zachwytu, a nawet nie wyszliśmy na szlak!

W Wołosatem zostawiliśmy samochód na dużym parkingu. Poza sezonem jest on całkowicie za darmo i nie ma także problemu z miejscem do parkowania. W sezonie wygląda to zupełnie inaczej, dlatego też zachęcamy Was do przyjazdu w Bieszczady w sezonie „niskim”. Dodatkowo w okresie od kwietnia do listopada wejście na teren Bieszczadzkiego Parku Narodowego jest płatne. Cennik znajdziecie tutaj.

Po wyjściu na ulicę z parkingu jest się już na niebieskim szlaku. To właśnie tytułowy, łatwy szlak na Tarnicę. Droga na szczyt zajmuje około dwóch godzin. Nie wymaga on od nas dużego przygotowania, ani ponadprzeciętnej kondycji. To trasa, która spodoba się osobom starszym oraz rodzinom z dziećmi. Po drodze znajdują się udogodnienia w formie ławek, wiat i drewnianych podestów oraz wyprofilowanych na ścieżce schodów.

Jawa to czy sen?

Trasa w większości prowadzi przez las, dopiero po wyjściu na piętro połonin naszym oczom ukazuje się górski krajobraz. Na pierwszym planie od razu rzuca nam się w oczy szczyt z krzyżem – to właśnie Tarnica. Od tego momentu na najwyższy wierzchołek Bieszczad prowadzi bardziej strome podejście, które może spowodować lekką zadyszkę. Jednak to, co ukazuje się naszym oczom wraz ze zdobywaniem wysokości robi wrażenie.

-Popatrz! Tatry! – krzyczy Krystian.

I faktycznie, za naszymi plecami, w oddali pokazały się Tatry. Przejrzystość była znakomita tego dnia, dlatego mogliśmy podziwiać szczyty, które znajdują się w bardzo dalekiej odległości. Tatry, w linii prostej, znajdują się prawie 200 kilometrów od Tarnicy! To robi wrażenie i nie zawsze ma się okazję podziwiać taki widok. Po tym, co ujrzeliśmy wstąpiły w nas jakieś nadprzyrodzone siły i prawie biegliśmy na szczyt, żeby zobaczyć jeszcze więcej!

Nawet nie zanotowaliśmy momentu kiedy stanęliśmy na najwyższym punkcie w Bieszczadach. To, jakie krajobrazy roztaczały się wokół nas przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Bajkowo, obłędnie, zjawiskowo! Czasem ciężko znaleźć słowa, które w pełni mogłyby opisać nasze odczucia.

W tamtym momencie byliśmy po prostu szczęśliwi. 

Sami na szczycie, wokół głucha cisza, na krzyżu lekko powiewająca biało-czerwona flaga i krajobraz jak ze snu. Ogrom przestrzeni na chwilę nas poraził, a potem nie wiedzieliśmy w którą stronę mamy patrzeć. W ten sposób – 6 grudnia – przez chwilę uwierzyliśmy, że Święty Mikołaj istnieje 🙂

Tam gdzie początek musi być i koniec

Nie jest łatwo opuszczać piękne miejsca, zwłaszcza że nigdy nie wiadomo kiedy takie wyjątkowe chwile się powtórzą. Drogę powrotną obraliśmy tę samą. Ciekawą alternatywą i dobrym urozmaiceniem wycieczki jest zejście czerwonym szlakiem do Wołosatego. Z racji zimowej pory roku my musieliśmy wybrać najkrótszą trasę, ale jeśli byłoby lato to na pewno wybralibyśmy dłuższą drogę.

Wołosate, bieszczadzka wieś, której nazwa pochodzi od nazw terenów wołosatych (włochatych), czyli porośniętych. Pierwsze wzmianki o tym miejscu pochodzą już z połowy XVI wieku. Wołosate była niegdyś wsią bojkowską, chociaż w większości zamieszkiwali ją Polacy. Wiadomo, że w XVII wieku istniała tam już cerkiew parafialna. Następna cerkiew bojkowska została zbudowana w XVIII w. W 1947 r. domy w Wołosatem i sama cerkiew została spalona. Co ciekawe, podczas wysiedleń, mieszkańcy wsi z własnej inicjatywy przenieśli się z Wołosatego na Zakarpacie, przechodząc przez przełęcz Beskid. Wieś została mocno zniszczona w trakcie I Wojny Światowej, po tym okresie nadal można tam natrafić na liczne okopy.
W Wołosatem rozpoczyna się (lub kończy) Główny Szlak Beskidzki. Przy drodze z Ustrzyk Górnych w kierunku Wołosatego znajduje się torfowisko wysokie.

Do zobaczenia na szlaku!

K&K